2008.06.07 I znowu mecz

Co nas trzyma przed telewizorem, gdy wszystko przemawia przeciw naszej reprezentacji? Dlaczego liczymy na zwycięstwo z Niemcami, choć to nigdy się nam nie udało? Jaka jest siła wspomnień i emocji oglądanych na żywo zmagań sportowców?

W niedzielę, 8 czerwca, w drugim dniu mistrzostw Europy 2008 w piłce nożnej, które są rozgrywane na boiskach Austrii i Szwajcarii, nasza reprezentacja spotka się z Niemcami. Nie zamierzam rozwodzić się nad szansami wybrańców Beenhakkera, wystarczy wspomnieć, że od 1933 roku w 15 meczach, które rozegrały obie reprezentacje, nie wygraliśmy ani razu, padły cztery remisy i ponieśliśmy 11 porażek. Na palcach obu rąk można wymienić piłkarzy, którzy strzelili Niemcom bramkę, a i oni to zamierzchła historia. Ostatnim strzelcem pozostaje Zbigniew Boniek (28 lat temu w przegranym meczu towarzyskim 1:2).
Pomimo takiego bilansu, i bez względu na niezagojoną ranę (MŚ 2006, Polska-Niemcy, 0:1), zasiądę w niedzielę wieczorem przed odbiornikiem TV. Postaram się pokrótce wytłumaczyć dlaczego.

Niezapomniane chwile

Nie urodziłem się w sportowej rodzinie, uprawianie dyscyplin sportowych zakończyłem na rozgrywkach w szkole podstawowej i średniej, jednak moje dzieciństwo wypadło w czasach zupełnie innych od obecnych. Dzisiaj jesteśmy bombardowani rozgrywkami sportowymi. Mistrzostwa świata, Europy, a nawet innych kontynentów, w różnych dyscyplinach są transmitowane w publicznej telewizji i na prywatnych platformach, dla sportu poświęca się nawet całodobowe odrębne kanały. Wtedy było inaczej, telewizja nie była wszechobecna, program dnia zaczynał transmisję dopiero o godz. 15.55. Z rzadka transmitowane imprezy były wydarzeniami Wyścig Pokoju, Turniej Czterech Skoczni i Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej to były wydarzenia, których nie sposób było przeoczyć, tak jak Eurowizji, czy festiwalów w Opolu, Sopocie, Kołobrzegu czy w Zielonej Górze.

Niewiele pamiętam z MŚ w 1974, które odbyły się w RFN, na swoje usprawiedliwienie mam wiek, miałem wtedy niespełna sześć lat. Jednak przechowuję z tamtych czasów jedno z najgłębszych wspomnień. Wychodzimy z domu, rodzice wołają, ja przy telewizorze, jak można… Polacy co chwila strzelają gola jakimś czarnym piłkarzom (Polska - Haiti 7:0).

MŚ 1978 Argentina

Mam 10 lat, spotkania rozgrywane są dosyć późno, mam zgodę na oglądanie meczów Polaków. W tym roku po raz pierwszy (dla mnie) Wisła Kraków zdobyła mistrzostwo Polski, kończę trzecią klasę szkoły podstawowej, to było wielkie wydarzenie, lokalna Cracovia niepocieszna, chociaż ja po cichu kibicowałem obu krakowskim drużynom.

Pierwszy mecz, 1 czerwca 1978 roku, inauguracja mistrzostw, grają mistrzowie świata Niemcy z Polską, rewanż za mecz w deszczu, który pogrzebał nasze mistrzostwo cztery lata temu, wielkie oczekiwania, ogólnie rozczarowanie, (Polska - RFN 0:0). Niemcy kalkulują, remisują Tunezją, wychodzimy z grupy z 1 miejsca, trafiamy do grupy z Brazylią i Argentyną.

14 czerwca 1978 roku, jeżeli nie pamiętasz co robiłeś późnym wieczorem tamtego dnia (o ile zdążyłeś się urodzić), to przypomnę ci. Polska grała z Argentyną. Nie było półfinałów, aby grać o mistrzostwo trzeba było wygrać tę grupę (Polska, Argentyna, Brazylia i Peru), czyli taktyka była prosta, nakreślił ją dwa lata wcześniej trener siatkarzy, Hubert Wagner - "żeby być mistrzem trzeba wygrać z wszystkimi". Przegrywamy 0:1, karny dla Polski, strzela Kazimierz Deyna, mecz oglądam w łóżku, chowam głowę pod kołdrę, Deyna nie strzela, widzę tylko powtórkę, wiem, że to moja wina, i wiem, że już nigdy nie schowam jak dziecko głowy w piasek (Polska - Argentyna 0:2). Kalkulacje Niemców nie przyniosły spodziewanych rezultatów, kończą mistrzostwa na 5-6 miejscu razem Polską.

MŚ 1982 Espana

Dziwne mistrzostwa, dwie kolejki w naszej grupie (Polska, Włochy, Kamerun, Peru), cztery mecze, dwie bramki, cztery remisy. 22 czerwca 1982 roku, gramy z Peru, do przerwy 0:0, jak w dwóch poprzednich meczach Polaków. Po przerwie transformacja 5:1, nawet Buncol strzelił gola, (zwykle strzelał na wiwat). Wychodzimy z grupy z pierwszego miejsca. Z grupy nie wychodzą Węgry, które wygrały z Salwadorem 10:1.

RFN z Austrią w jednej grupie, w pierwszym meczu sensacja, RFN przegrywa z Algierią 1:2. W ostatniej kolejce grają ze sobą RFN i Austria. Bez względu na to czy Algieria wygra swój mecz, wynik RFN - Austria 1:0 da awans obu reprezentacjom. Pada wynik 1:0. Niemcy wychodzą z grupy z pierwszego miejsca.

28 czerwca 1982 roku gramy z Belgią. Przed meczem Belgowie tracą podstawowego bramkarza Jean-Marie Pfaffa, w bramce staje Theo Custers, Zbigniew Boniek strzela trzy bramki, wygrywamy 3:0. Dla takiego meczu warto żyć. W następnym meczu z ZSRR wystarczy nam remis, kto pamięta tatę Smolarka i jego żonglerkę piłką w narożniku boiska wie, że wywieźliśmy remis 0:0. Przez ten mecz jednak przegraliśmy mistrzostwa. W 1974 roku na drodze do mistrzostwa świata stanął nam deszcz (Polska - Niemcy 0:1), w meczu z ZSRR na drodze do finału stanęła nam żółta kartka. Polski mur stał za blisko, sędzia domagał się kilku kroków wstecz, kiedy stracił cierpliwość wyciągnął żółtą kartkę i ukarał nią pierwszego z brzegu Polaka, Bońka. To druga kartka Zbyszka, pierwszą zobaczył w meczu z Włochami. Polak nie zagra w półfinale z Azzuri. Nie ma Bońka, Rossi strzela nam dwie bramki (Polska - Włochy 0:2).

Niemcy, którzy z pomocą Austriaków wyślizgnęli się z fazy grupowej doszli do finału, a mecz półfinałowy z Francją, który w dogrywce przegrywali 1:3 obdzieliłby kilka takich wspomnieniowych felietonów.

To nie wszystkie wspomnienia z mistrzostw świata, które zachowałem, trudno było pisać o pamiętnych meczach mistrzostw Europy, bo nigdy nie awansowaliśmy, eliminacje zawsze kończyły się heroicznymi meczami, jak to z 16 sierpnia 1995 roku w Paryżu, kiedy prowadziliśmy z Francją 1:0, a Andrzej W. bronił karnego, nie obronił jednak drogi do bramki w ostatnich minutach meczu, skończyło się wszystko tylko tytułem Księcia Paryża dla walecznego bramkarza, którego nazwiska dzisiaj nie mogę wymienić, bo ciążą na nim prokuratorskie oskarżenia o korupcję.

Gdybyż nie padał deszcz, gdyby Boniek nie dostał kartki, gdyby Kempes czy Rossi mieli gorszy dzień, bylibyśmy innym narodem?