2008.06.12 Dziennikarze, jesteście trollami

Choć informacja jest nadal głównym elementem serwisów prasowych, jej dobór uzależnił się od wyniku finansowego. Ten cel najskuteczniej realizują tabloidy, dla których Naczelnym jest społeczeństwo żądające sensacji, seksu i krwi. Opiniotwórcze media są zazdrosne i także chcą mieć swój udział w tym torcie.

Poważny dziennikarz trollem internetowym? Chyba przesadzam, pomyślałem sobie, gdy w mojej głowie pojawiła się tytułowa teza. Część zarzutów które chcę wymienić można postawić wyłącznie prasie brukowej, jednak z dnia na dzień zacierają się różnice między tabloidami i prasą opiniotwórczą, na niekorzyść tej drugiej. Szukanie sensacji, powierzchowne traktowanie tematu, krzyczące nagłówki, które przykrywają brak treści to już dzisiaj codzienność. Czy zatem nie jestem uprawniony do postawienia takiej tezy?

Na wstępie muszę zastrzec: część dziennikarzy nie wypełnia swoją pracą wszystkich znamion trolla internetowego; trudno przypisać im zamierzone ośmieszanie lub obrażanie czytelników, jednak brukowce posuwają się już do tego rodzaju posunięć. "Hamilton, ty głupolu", pisze o angielskim kierowcy F1 lokalna bulwarówka. Jednak druga część definicji trolla to wypisz wymaluj wszystkie media: "upublicznianie napastliwych, kontrowersyjnych, często nieprawdziwych przekazów jako przynęty, która ma doprowadzić do wywołania dyskusji".

Inne są także pobudki. Troll pragnie skupić uwagę na sobie z jemu tylko znanych powodów, dziennikarze pragną skupić uwagę czytelnika na sobie (prasa, telewizja, serwis internetowy) dla jednego oczywistego powodu - dla zysku wydawcy.

Upublicznianie kontrowersyjnych przekazów

Dobrze jeszcze gdy opisywana sprawa jest ważna, gorzej gdy sensację tworzy się z niczego. Były wiceminister edukacji, kilkanaście dni przed uzupełniającymi wyborami do Senatu, w których bierze udział, wypisuje w swoim blogu pewną… bzdurę, w skrócie: odebrać obywatelstwo Podolskiemu. I media mają używanie kilka dni. Krajowe dzienniki poświęcają temu "wydarzeniu" nagłówki swoich wydań, serwisy internetowe wałkują temat na wszystkie strony, a wszystkie pełne zdjęć uśmiechniętego polityka. Na doniesienia polskich mediów odpowiada niemiecki Bild, a pomysły Bilda komentuje polska prasa.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta, wypowiedź Orzechowskiego wypełnia wszystkie elementy "nowoczesnej" informacji. (1) Porusza aktualne wydarzenie, mecz Polska-Niemcy. (2) Dotyka emocjonalnej struny, kwestii przynależności narodowej. (3) Gra na rozczarowaniu, które swoim kibicom sprawiła polska reprezentacja, rozbudza lęki i zawiść, a nade wszystko (4) jest wystarczająco prymitywna aby wzbudzić medialny szum. Pod tym względem doskonale wypełnia zapotrzebowanie… mediów, które w pogoni za zyskiem finansowym dostarczą czytelnikom każdej rozrywki. Czytelnicy pragną wrażeń, więc dziennikarze poszukują informacji, która odpowiednio opakowana w sensację zostanie sprzedana jeszcze tego samego dnia.

Powyższy event media podchwyciły na wyraźne zamówienie kandydującego do Senatu polityka, jednak dziennikarze potrafią być bardziej kreatywni i mogą sami wyprodukować newsa. Taka sytuacja miała miejsce gdy dziennikarze Wprost wkręcili Ewę Sowińską, ówczesną Rzecznik Praw Dziecka w teletubisie. Gdy zdarzenie okazało się hitem medialnym, inny dziennikarz, tym razem Super Expressu, (brukowiec czerpie z doświadczenia opiniotwórczego tygodnika), znowu wkręcił panią Rzecznik, podszywając się za współpracownika o.Rydzyka: Sowińska na smyczy ojca dyrektora? Na tym tle bez echa przebrzmiał felieton Beaty Biały: Rzecznik Praw Dziecka w świetle reflektorów, która pytała czy obraz Sowińskiej wykreowany w mediach jest rzetelny.

Od wielu miesięcy tematem z rodzaju "dojna krowa" jest serwis nasza-klasa.pl. Wirtualna krasula przynosi wydawcom hektolitry odsłon. Popularny serwis internetowy spełnia nakreślone wyżej cechy idealnego newsa: nośny temat, wzbudzanie emocji, wzniecanie lęków, np. zagrożenie danych osobowych, oraz to, co czytelnicy lubią najbardziej - zdjęcia urzędników, żołnierzy, podszywanie się pod celebrities. I tak dalej. 365 dni na rok.

Przyzwyczailiśmy się, że serwisy prasowe i telewizyjne upiększane są drastycznymi zdarzeniami. Epatowani jesteśmy śmiertelnymi zdarzeniami, pobiciami, morderstwami. Na pierwszy planie eksponuje się pijanych nieletnich, czy młode matki. Dobrze widziane są siekiera, noże, kije do baseballa.

Przykłady? "Niemowlę w szczękach pitbulla", to nie nagłówek któregoś z naszych brukowców Faktu czy Super Expressu - to serwis internetowy tvn24.pl. Rzeczpospolita (20.02.2007): 'Szkocja: słowo "mama" obraża homoseksualistów', Dziennik (19.11.2007): 'W Kalifornii nie wolno mówić "mama" i "tata"'. W pierwszym przypadku chodziło o broszurę jak odnosić się do dzieci par homoseksualnych, a w drugim dziennikarz nie umiał przetłumaczyć angielskiego słowa. Newsy poszły w świat z błogosławieństwem opiniotwórczych dzienników. To Rzeczpospolitą cytował później Roman Giertych w słynnym już przemówieniu w Heidelbergu.

Informacja się sprzedała, więc była cenna dla wydawcy. Z tego samego powodu stosuje się wszelkie sztuczki, w tym także oszukiwanie czytelnika, byle tylko przykuć jego uwagę. Tytuły w serwisach internetowych sugerują sensację, i proszą kliknij mnie… i mnie, i mnie. Kliknięcie traktują z nabożną czcią i nieważne jest, to że czytelnik się rozczarował i po raz kolejny dał się wkręcić. Odsłony, nakład i oglądalność. Doszło do tego, że czytelnik kupuje płytę dvd plus opiniotwórczy dziennik gratis. Jaką presję na jakość informacji czuje wydawca, gdy marchewką jest dołączany do gazety film.

Kto jest winien?

Oczywiście czytelnicy, media tylko odpowiadają na ich zapotrzebowanie. A czym jest zainteresowany zwykły obywatel, no chyba nie usytuowaniem autostrady, chyba, że ta przebiega przez jego podwórko. Wiele ważnych dla niego informacji to zdarzenia o zasięgu lokalnym, a takie trudno sprzedać, bo kogo interesuje likwidacja podsieradzkiego internatu czy truciciele z Krępy pod Sieradzem. I trudno mieć do niego pretensje, że nie angażuje się w społecznie ważne sprawy jak kontrowersje związane z uprawami GMO w Polsce, jednym z powodów jest fakt, że czytelnik nie posiada znaczącego wpływu na takie decyzje, o ile w ogóle posiada jakikolwiek. A po drugie praca zawodowa, szkoła czy uczelnia, obowiązki rodzinne, wszystko to angażuje go na tyle, że w mediach szuka odpoczynku i rozrywki. I media są przygotowane by te potrzeby zaspokoić. Serwis Plotek.pl w nazwie definiuje swoją misję, i bardzo dobrze, jakby powiedział Janusz Gajos w skeczu Kultura i Sztuka, ale nie w opiniotwórczej prasie! Niech sobie wejdą na plotkarskie serwisy i tam dotykają.

Nie ma lekarstwa na tę chorobę

To co przedstawiłem to tylko wierzchołek góry lodowej, kilka spostrzeżeń z punktu widzenia niezaangażowanego w dziennikarstwo obywatela. Problem jest znacznie bardziej dramatyczny… uprzedził mnie Artur Kiełbasiński, który w swoim artykule: Im gorzej, tym lepiej - czyli nasze media o Polsce wymienia te same grzechy. Przedstawianie informacji w formie sensacyjnych haseł. Zastraszanie, wzbudzanie lęków, jednostronne przedstawianie problemu, łatwa krytyka. Stocznie mają zwrócić 5 miliardów złotych, czy nie mają. Stoczniowcy pójdą na bruk czy nie pójdą. Nieważne, nagłówek spełnił swoją rolę.

Który wydawca zainwestuje środki by podnosić poziom przekazu, gdy masowy odbiorca domaga czegoś wręcz przeciwnego. Czy zajmujący się finansami The Wall Street Journal mógłby publikować też ploteczki? Ależ czemu nie, gdyby decyzję opierać na wyniku finansowym. Po sukcesie dodatku "How to spend it" wydawanego przez "The Financial Times" od września br. swój dodatek „lifestylowy" postanowił uruchomić "The Wall Street Journal". Jak donosi w swoim blogu Krzysztof Urbanowicz: "Wydawcy chodzi o odmłodzenie smutnawego wizerunku "The Wall Street Journal" i o wzbogacenie go opiniami a nawet ploteczkami, których - jak wynika z analizy dyrekcji gazety - chyba było zbyt mało, za mało, by przyciągnąć więcej kobiet. Bo im więcej kobiet, tym więcej reklamodawców".

Gaśnie światło… kupujcie akcje serwisu Plotek.pl


Za Wikipedią: "Trollowanie polega na zamierzonym wpływaniu na innych użytkowników w celu ich ośmieszenia lub obrażenia (czego następstwem jest wywołanie kłótni) poprzez wysyłanie napastliwych, kontrowersyjnych, często nieprawdziwych przekazów czy też poprzez stosowanie różnego typu zabiegów erystycznych. Podstawą tego działania jest upublicznianie tego typu wiadomości jako przynęty, która doprowadzić mogłaby do wywołania dyskusji."


Tytuł i tezy w swoim założeniu mają oburzyć etatowych dziennikarzy i są wyrazem mojej bezradności wobec coraz powszechniejszego zwrotu dzienników opiniotwórczych w stronę efektywnych finansowo tabloidów. Mój stan psychiczny chciałbym wyrazić propozycją zmiany w Kodeksie Karnym: "Kto w celu osiągnięcia korzyści materialnej wznieca sztuczny szum medialny podlega karze pozbawiania rocznych przychodów od 0,5 do 5 procent".